Relacja ze Stolyka 22.07 o „Blade runnerze”

Było dość licznie (dziewięć osób), dość długo (rozmowa o książce ok. 3h, potem jeszcze różności i powrót do książki o 22 :D), bardzo merytorycznie.
Zaczęliśmy od tego, że postacie w „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” (dalej jako BR) są dość ciekawe psychologicznie. Rick Deckard jest tak naprawdę mięczakiem – mocniejsza psychicznie jest jego żona, Iran (przynajmniej mnie się tak wydaje i chyba po chwili się ze mną zgodzono). Rick musi użyć programatora nastroju, żeby w ogóle wstać rano z łóżka. Iran za to aktywnie majstruje przy programatorze, aż znajdzie program włączający u niej depresję – zatem jest zdołowana i apatyczna, ale wskutek własnego wyboru.
Ponadto Deckard jest w powieści tak naprawdę tym gorszym łowcą – jak wynika z treści, to Holden, jako bardziej doświadczony, wybiera, które sprawy można dać Deckardowi do prowadzenia. Sprawę Nexusów-6 drugi łowca dostaje dopiero po tym, jak Holden zostaje postrzelony.
Wypłynęła też oczywiście kwestia merceryzmu – czy to figura Mesjasza, ponownie biorącego na siebie winy ludzkości? Czy może psychofizyczny fantom, powołany do realnego świata mocą wspólnej empatii tysięcy (milionów?) mercerystów (jak u Żerdzińskiego w „Nawrócić Avalon”, czy u Pratchetta w „Pomniejszych bóstwach” – bogowie silni wiarą swoich wiernych), a na początku faktycznie istniał tylko zapijaczony aktorzyna? A może to taki ułomny Bóg – motyw już u Dicka się pojawiający – próbujący dotrzeć ze swoim przesłaniem do ludzi, ale na tyle ograniczony, że małoskuteczny? Warto też zauważyć, że przeciwnikiem współczującego, ludzkiego Mercera jest sztucznie wesołkowaty Przyjazny Buster, o którym dowiadujemy się, że jest androidem. Zatem byłaby to walka ludzkości z „androidzkością”?
Była także mowa o motywach powtarzających się w twórczości Dicka. Wyszło od merceryzmu (obecnego też w opowiadaniu pt. „Mała czarna skrzynka”), przeszło przez figurę ułomnego boga-demiurga, a także przez bliżej niesprecyzowane kolonie pozaziemskie, a skończyło się na homeostatycznych taksówkach, ONZ i Centaurianach. Doszliśmy do wniosku, że Dick pisał obsesyjnie – skupiał się na tym, co dla niego było naprawdę ważne, całą resztę traktując nieco po macoszemu, jako tło, narzędzie. Pisze „kolonie pozaziemskie” – my sobie dopowiadamy, co i jak, pisze „taksówki homeostatyczne” – cholera wie, co to, ale wiadomo, że nie normalna taksówka, że coś przyszłościowego i zaawansowanego. Pisze „Centaurianie” – myślimy „wróg”. I właściwie więcej nie potrzeba.
Ale technika ta sprawdzała się Dickowi bardziej w opowiadaniach. Tam było to naturalne, nie budziło wrażenia pewnej pustki scenograficznej. A już w BR jednak coś takiego wychodzi. Mamy właściwie jedną lokalizację (plus krótka wizyta w budynku Korporacji Rosena w Seattle), kilkoro bohaterów – ale kiedy odwracają oni od czegoś wzrok, to jakby przestawało to istnieć.
Zastanawialiśmy się nad tym, czy Dick wprowadzał w BR swoisty mętlik świadomie, czy był to wynik jednak pośpiechu. Chodziło głównie o motyw „drugiego posterunku” i okresu, jaki androidy spędziły na Ziemi. Z powieści wynika, że druga komenda, ta opanowana przez androidy, funkcjonowała zupełnie obok tej, na której pracował Deckard. Nie miały ze sobą kontaktów, a na tym samym terytorium działały przez… lata? Przy czym nie można chyba wysnuć wniosku, że WSZYSCY policjanci na tej drugiej komendzie byli androidami, którzy odstawiali szopkę policyjną – w sumie dla kogo? Ponadto w powieści było raczej jasno powiedziane, że łowca z tej komendy, Resch, był człowiekiem (psychicznie walniętym, ale człowiekiem) i bardzo dobrym wykrywaczem. I że pracował pod kierownictwem androidów też przez lata, czy chociaż miesiące? Bardzo to dziwne.
Możliwe, że Deckard dostał się w jakąś strefę przenikania się światów równoległych bądź linii czasowych (policjant z drugiej komendy twierdzi, że budynek tej pierwszej jest od lat opuszczony i zrujnowany). Ale to tylko gdybanie, w powieści nie ma (a przynajmniej nie zauważyliśmy) w pełni przekonujących wyjaśnień.
Zastanawialiśmy się także nad sposobem dystrybucji androidów (a raczej systemem płatności i wymiany na nowsze modele :P), nad tym, czy zbiegłe androidy przejmowały tożsamości swych właścicieli, a także, czy dążenie do posiadania dużego zwierzęcia było u Deckarda dowodem empatii, czy może raczej dążenia do podwyższenia statusu społecznego.
Rozmawialiśmy oczywiście o różnicach i podobieństwach między filmem a powieścią. Deckard filmowy jest silniejszy – bardziej rządzi swoim życiem, potrafi zrezygnować z pracy (w pierwszych scenach mówi, że jest na emeryturze), w relacji z Rachel to on jest stroną inicjatywną, aktywną. Do łóżka idzie z nią, bo tego chce, faktycznie czuje coś do niej. W książce – to Rachel i sugestia Rescha powodują krótkie i chyba dość instrumentalnie traktowane przez obydwoje „kochanków” zbliżenie w hotelu. W filmie Los Angeles jest miastem owszem, zanieszyszczonym i mrocznym, ale żywym, tłocznym, pełnym barw i nacji. Sztuczne zwierzęta owszem, istnieją, ale nie z racji wyginięcia oryginałów, tylko… dla rozrywki? łatwości sporządzenia? W powieści natomiast San Francisco jest miastem duchów – pełnym pustych budynków i „chłamu”. Zwierzęta wyginęły wskutek opadu radioaktywnego, nieliczne pozostałe egzemplarze są pieczołowicie chronione przez właścicieli (chociaż trzymane na dachach, hmmm… a co z opadem?). Dla podtrzymania iluzji powszechności żywych zwierząt istnieją zestawy sztucznych muszek i owadów jako pożywienia dla sztucznych ropuch, zepsute egzemplarze symulują chorobę i są wywożone do warsztatów zakamuflowanych jako kliniki i szpitale weterynaryjne. Powieść jest bardziej depresyjna, pesymistyczna – chociaż ma nadal ten „promyk nadziei” w postaci merceryzmu – którego brak w filmowym „Blade Runnerze”.

To tyle na razie spamiętałem. Uzupełnienia powyższej relacji – w komentarzach poniżej 🙂
A jak fea wrzuci fotki do sieci, to je tutaj zalinkujemy albo wrzucimy.

Advertisements

12 thoughts on “Relacja ze Stolyka 22.07 o „Blade runnerze”

  1. W filmie dopatrywałem się promyczka nadziei w człowieczeństwie androidów. Podobnie jak u Asimova, filmowe androidy dążą do człowieczeństwa i to zupełnie szczerze. Powieściowe – mam wrażenie – jedynie je symulowały. Dlatego film nie potrzebował mistyki. Zresztą ucieczka w mistycyzm jest swego rodzaju (może być) przyznaniem się do klęski – to bardzo dickowskie zrobienie uniku przed światem. Scott – co mogą potwierdzać jego filmy – bardziej wierzy w człowieka i bardziej mu ufa, podczas gdy „ufność” byłoby chyba jedną z ostatnich jakie dałoby się przypisać Dickowi. Tutaj powieść i film się rozchodzą, bo chyba muszą się rozejść. Cenne jest to, że – w przeciwieństwie do innych ekranizacji Dicka – ten „rozwód” zaowocował tu nową wartością, a nie spłyceniem oryginału.

  2. Dyskusja była jedną z ciekawszych z tych, w których brałem udział. Dyskusja po 22 była również ciekawa, trochę szkoda, że trzeba było się rozejść do domów. A cały wieczór został zakończony jakże literackim kebabem.

  3. Ojej, to wielka szkoda, że się nie załapałam na tę część mniej oficjalną. 😛 Może następnym razem będę mogła zostać do końca. 😉

  4. Dla mnie promyczek nadziei w filmie nie był potrzebny, bo świat w filmie nie chyli się tak wyraźnie ku upadkowi. Widzimy tam chłodną dżdżystą jesień, ale pozbawioną tej beznadziejnej ekspansji opadu popromiennego.
    A co do człowieczeństwa andków ,to Luba była jak najbardziej zainteresowana tą formą człowieczeństwa, którą mogła osiągnąć. I choć mogła łowcę zabić i ciało ukryć nie zdecydowała się na to.

    Na koniec kilka uwag organizacyjnych. Ciekawie wypadło przeniesienie z konieczności spotkania z ciągle zaludnianego głośną ciżbą PXa do miejsca typu Tarabuk. Bez alkoholu i bez dymu papierosowego otrzymuje się i ciszę niezbędną do spokojnej, niewymagającej przekrzykiwania się formy rozmowy o książce. A jak ktoś chce, to „część artystyczna” po „oficjalnej” niewykluczona.
    Czy nie mogłoby tak pozostać?

  5. IMO Tarabuk byłby całkiem niezłą lokalizacją gdyby mniejsza salka była jakoś bardziej ukryta, gdyby miała chociaż drzwi 🙂
    Ludzie kręcący się przy kasie części księgarskiej, pracownice Tarabuka w pewnym momencie zamieniające stoliki, ludzie, którzy nam się trochę na bezczela dołączyli…
    Może siedziałem w złym miejscu (z centralnym widokiem na wejście).
    A dyskusja była bardzo ciekawa i mam nadzieję, że następne stolyki tylko podtrzymają trend 🙂

  6. No, na szczęście ci, co się „dosiadali”, siadali jednak trochę z boku i nie gadali, tylko podczytywali cośtam lub czekali. I po chwili wychodzili. Ale faktycznie, to mogło przeszkadzać (mnie mniej, bo siedziałem dokładnie plecami do wejścia 🙂 ).
    O „docelowym” miejscu spotkań Stolyka w Tarabuku możemy pomyśleć. Albo w czymś podobnym – Czuły Barbarzyńca (ale tam nie ma odrębnej salki)? Kafka?
    Może nawet udałoby nam się wytargować jakiś rabat? Gdyby ichnia menadżeria uznała, że księgarnio-kawiarni dodaje rispektu na dzielni „posiadanie” takiego klubu dyskusyjnego, jak Stolyk, to kto wie? Wymiana bannerków 😛 Współpraca 😛

  7. Mnie w sumie nie przeszkadza dyskusja absynencka… pod warunkiem, że później będzie część nieoficjalna – taka gadanina, jaką uprawiamy, powoduje wysuszanie się gardła i samą herbatą nie da się temu zaradzić.
    Kafka chyba nie ma oddzielnych sal… choć to fajny lokal.

  8. Mnie Tarabuk pozytywnie zaskoczył. 🙂 Nie wiedziałam, że to takie fajne miejsce, bo dotąd nigdy tam nie byłam. A część „nieoficjalna” to zawsze miła odmiana na takim spotkaniu. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s