Relacja ze styczniowego Stolyka, czyli budowlańcy najwyższym stadium rozwoju

Rozmawialiśmy o „Kameleonie” Rafała Kosika.
Ze swojej strony najpierw napiszę, że przy drugiej lekturze powieść bardziej przypadła mi do gustu niż za pierwszym. Nadal wolę „Verticala”, ale przy powtórce „Kameleona” nie irytowały mnie już – za pierwszym razem uznane za przydługie – fragmenty dotyczące wynalazków i militariów. Gdy się bowiem zna już naturę Kameleona, to na poczynania Romozela czy Noana patrzy się inaczej – mają one nie tylko większy sens i widać ich funkcję – czyli ukazanie sposobu działania Kameleona.

Za głównych bohaterów uznać można Noana (i Romozela) właśnie. Brat Noana czy król oraz wojskowi są jednak bardziej bohaterami drugoplanowymi, to samo tyczy członków załogi USS „Ronald Reagan”. To kwestia nie tylko tego, że Noanowi towarzyszymy od początku do końca powieści; to także sprawa tego, że jest on postacią budzącą najwięcej emocji (w nieco mniejszym stopniu dotyczy to Romozela). A że są to emocje negatywne… Noan sprawia wrażenie rozpuszczonego bachora, gnoja, któremu chciałoby się sprać tyłek i zmusić do przejrzenia na oczy. Dopiero w miarę rozwoju fabuły, gdy staje się jasne, że „osobowość” Noana to właściwie tylko maska Kameleona, który jego obrał sobie na nośnik „konieczności dziejowej”, możemy odpuścić, zaakceptować fakt, że to jemu się „udaje” – bo tak faktycznie udaje się Kameleonowi. Ujmując to nieco anachronicznie (bo „Kameleon” był wcześniej): podobnie jak w „Avatarze”, w obliczu zagrożenia cały ponadświatowy organizm mobilizuje swe siły, ale inaczej niż u Camerona członkowie społeczeństwa na Ruthar Larcke są o wiele bardziej marionetkami, przejawami – awatarami właśnie, nie samodzielnymi jednostkami. Aspekt militarny Kameleona przejawiają generałowie, aspekt naukowego geniuszu – członkowie Akademii, itepe. Są jednak zawsze elementami większej całości, co w „Avatarze” nie było aż tak daleko posunięte. Na’vi byli jednak indywidualnymi osobami.

Rozmowa o powieści, której głównym „bohaterem” jest nadorganizm, nie może obyć się bez przywołania innego tytułu: „Solaris”. Jednak Rafał Kosik poszedł w zupełnie inną stronę, stąd powierzchowne skojarzenia nie są tutaj trafne – „Kameleon” nie jest powieścią o próbie porozumienia, lecz opowieścią o przetrwaniu i mimikrze. Nadorganizm w chwili próby – czyli kontaktu ze statkiem kosmicznym „Ronald Reagan” – koncentruje swe wysiłki na znalezieniu sposobu na powstrzymanie „niszczyciela światów” – a nie na porozumieniu. Po części dlatego, że już wie (albo raczej „wie” – bowiem trudno stwierdzić, by Kameleon miał osobną świadomość), iż porozumienia nie będzie – „czytając” umysły przybyszów, po części dlatego, że – jako Kameleon – swą strategię przetrwania opiera na wyniszczeniu wszystkich innych, konkurencyjnych organizmów.
W związku z tym uznaliśmy wspólnie, że zarzuty wobec powieści, że zawiera zbyt wiele opisów lawinowego postępu naukowego, że poczynania bohaterów są niewiarygodne, a ich psychika – co najmniej dziwna – są niesłuszne. Przede wszystkim dlatego, że Noan czy Romozel NIE są ludźmi. Oni tylko ludzi udają – bardzo skutecznie, ale jednak. Ponadto niektóre posunięcia postaci wynikają z tego, że tworzą oni nadorganizm, który w pewnych momentach „przejmuje kontrolę” i po prostu robi to, co „uważa” za konieczne. Dlatego ginie brat Noana, dlatego Noan usypia tłum. Przejawem tego samego zjawiska jest to, co na pierwszy rzut oka jest absolutnie niewiarygodne i fizycznie niemożliwe – czyli np. budowanie nowych budynków w ciągu dni (bo rozwój wynalazku od idei do działającego urządzenia jest bardziej przyswajalny, bardziej oczywisty, gdy pamiętamy, że „dokonuje” ich tak naprawdę nadorganizm). Ekipa budowlana złożona z indywidualności nigdy nie osiągnie tego tempa i tego poziomu współdziałania, co ekipa „robotnic” w „roju” – nawet jeśli „robotnicom” tym wydaje się, że są indywidualne. Taka ekipa nie musi zamawiać materiałów, nie musi porozumiewać się wokalnie, nie musi rozwiązywać problemów czy nieporozumień – wyciągnięta dłoń zawsze trafi na podaną cegłę, a plan konstrukcji jest jasno zapisany w każdej głowie. Stąd wniosek, że pięcioosobowa ekipa budowlańców z Kameleona może zrobić tyle, co pięćdziesięcioosobowa ekipa ludzi. W tym momencie flamenco stwierdził: „ale budowlańcy nie gadają. Oni budują” – co stało się natychmiast przesłanką do dociekań, że Ziemia już została zainfekowana, a budowlańcy to tak naprawdę pierwsze oznaki obecności Kameleona, a tym samym – najwyższe stadium życia na naszej planecie.

Krytyce poddany został pomysł przyspieszonego rozwoju nie tylko naukowego, ale i politycznego. Bo przecież skoro wiadomo, co zadziałało, a co nie (jak pokazano na przykładzie karabinów), to po co przechodzić przez te wszystkie etapy? Mi jednak wydaje się (nie wiem, czy przekonałem pozostałych Stolykowców), że ma to swoje uzasadnienie w pewnej formie determinizmu historycznego, jaki przejawia Kameleon, a także w tym, że tak naprawdę trudno mówić o jakimś jego intelekcie. Wydaje się, że Kameleon kieruje się głównie instynktem, nie ma własnych przemyśleń, nie analizuje danych, które otrzymuje – kopiuje je tylko i wprowadza w życie „bo to zadziałało”. Kameleon NIE WIE, czemu na pewnym etapie ludzkość sięgnęła gwiazd; NIE WIE, co do tego sukcesu było konieczne, a co było pomyłką, ślepym zaułkiem. Stąd imituje całość procesu – cały pakiet informacji – i „przerabia” po kolei nie tylko etapy ewolucji biologicznej oraz technicznej czy militarnej, ale także socjalnej i politycznej. W pewnym momencie – na skutek przylotu „Reagana” – dostaje podwójnego kopa: 1) dawka specjalistycznych informacji jest o wiele większa niż ta pochodząca ongiś od Ilse, 2) wraz z informacjami przybywa zagrożenie. Kameleon z Ruthar Larcke przyspiesza zatem rozwój swego pseudoludzkiego społeczeństwa we wszystkich jego przejawach: „przerabia” zatem nie tylko rewolucję przemysłową, ale także rewolucję polityczną oraz rewolucyjne rozwiązania militarne. Moim zdaniem podobne to było do działań Japonii, która w okresie restauracji Meiji i później, na przełomie wieków XIX i XX, imitowała z Zachodu bardzo, bardzo wiele, nie wiedząc czasem, jaka jest zasada działania czy co jest naprawdę ważne. Paul Johnson w swej „Historii XX wieku” przytacza taki przykład (z pamięci): Japończycy chcieli nauczyć się budować statki wojenne, zatem skopiowali brytyjski krążownik. Ponieważ jednak nie wiedzieli, które elementy są istotne dla działania statku, skopiowali wszystko, łącznie z kolorem pasków farby na kotłach. I tak chyba działa Kameleon – jest jednak bezrefleksyjny nie z powodu braków technicznych (jak ówcześni Japończycy), ale chyba z przyczyny bardziej fundamentalnej – taka jest jego instynktowna natura. Zatem leci zgodnie z „niezmiennymi prawami historii”, odtwarzając nie tylko feudalizm, a potem demokrację, ale i wszystko po drodze: parlamentaryzm, rewolucje, fundamentalizm.

Potem rozpatrywaliśmy powieść pod kątem ukrytej w niej przez autora Tajemnej Wiedzy (Tajemną Wiedzę onegdaj autor przekazał flamenco pod wpływem alkoholu i gróźb przemocy). Otóż astronauci z USS „Ronald Reagan” wcale nie muszą pochodzić z naszej Ziemi – są bowiem innym Kameleonem. Teza ta – abstrahując od tego, że zaplanował ją autor – znajduje potwierdzenie w szeregu przesłanek, porozmieszczanych przez niego w książce. Czy oznacza to, że „nasza” Ziemia została po wysłaniu pierwszej misji na Ruthar Larcke zainfekowana przez Kameleona? Czy też może gdzieś tam nadal sobie jest, z „normalnymi” ludźmi? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Kameleon (Kameleony?) muszą wciąż wzorować się na tych paskudnych indywidualistach – prawdziwych ludziach. Co oznacza, że może i Kameleon jest skuteczniejszy, ale samodzielnie prochu nie wymyśli. Co z kolei może być nieco przewrotną, bo pesymistyczną, pochwałą ludzkiego indywidualizmu, przeciwstawionego rojowi.

Fabuła jest tu najważniejsza, fabuła oraz pomysł. Do celów przekazania tej historii udało się autorowi zastosować coś, co często jest krytykowane, acz bez głębszej refleksji: czyli tzw. przezroczysty język. Faktycznie, Rafał Kosik nie przejawia w tej powieści jakiegoś charakterystycznego stylu, frazy, na widok której od razu można powiedzieć: „aha, to Kosik”. Nie ma tu jakiejś fantazji językowej, specyficznego humoru czy nacisku na postacie (chociaż to jest wyjaśnialne z uwagi na podstawowy koncept książki). Jest to pewien brak, podyktowany zapewne właśnie naciskiem na historię. Historię tę można było opowiedzieć barwniej – jednak jest to już kwestia tego, czego w tej powieści nie ma, a nie tego, co w niej jest. Ale takie właśnie były powieści science fiction ze Złotego Wieku – nastawione na pomysł, w drugiej kolejności na historię, a dopiero w trzeciej na psychologię. To powieść w dobrej, starej tradycji SF.

A potem przyszedł Łaku i wszystko zepsuł.

No prawie. Łakowi bowiem powieść podobała się średnio („doskonale przeciętna”, tak to chyba ujął). Mówił o drewnianych dialogach i o tym, że nawet jak na nieludzi, postacie są niewiarygodne. Nie przekonały go chyba nasze argumenty, a i twierdzenie, że jest to science fiction starego typu, nie znalazło u niego uznania. Stwierdził także, że „to wszystko już było”. No i tym nas trochę zażył, bo w sumie ma sporo racji. Jednak osobiście wydaje mi się, że owszem, składniki już były – ale ich mieszanka, w postaci „Kameleona”, jest czymś nowym i interesującym.

Będziemy wdzięczni za wszelkie komentarze i przyczynki, a ja osobiście – za uzupełnienia tego, o czym mogłem zapomnieć.
Warto także podlinkować relację Oranei z lektury „Kameleona”.

Advertisements

9 thoughts on “Relacja ze styczniowego Stolyka, czyli budowlańcy najwyższym stadium rozwoju

  1. Powieść jak ze Złotego Wieku SF, powiadacie? Ale znacie to powiedzonko, że The Golden Age of Science Fiction is ‚twelve’? :->

  2. Nosiwodo twoje użycie analogi z pszczołami jest dyskusyjne. Pszczoły działają na zasadzie sieci, której istotą jest porozumienie się, czyli każdy gracz wysyła sygnał do okolicznych graczy itp (w przypadku pszczół są to feromony) ci wysyłają do kolejnych itp. i tak kształtuje się globalna decyzja. Wbrew pozorom nawet w roju pszczół, który nie ma żadnej władzy odgórnej, powstają nieporozumienia tylko są one rozwiązywanie bardzo prosto oddolnie (i bardzo demokratycznie – im więcej feromonu B, tym większa szansa że decyzja B zapadnie).

    Natomiast sama analogia czyli postrzeganiae Kameleona właśnie przez pryzmat sieciowości… myślę że byłby to całkiem do przyjęcia, zakładając że wszyscy kameleonowi ludzie są w jakimś stopniu telepatami i że w każdym istnieje taka podświadoma instrukcja co Kosik chyba sugeruje.

    Ja troszkę dokadziłem jeszcze na ZB: http://www.zaginiona-biblioteka.pl/viewtopic.php?p=84439#84439

  3. Zdaję sobie sprawę z tego, że jednak pszczoły się porozumiewają – może faktycznie to zbyt duży skrót myślowy. Ale w świecie zwierząt ziemskich rój to chyba najbliższy odpowiednik – bo inaczej trzeba byłoby porównać do czego, do grzybni? Grzybnia jest jednym organizmem, z „wypustkami”, ale… A może stado ptaków? Takie, w którym wszystkie ptaki np. skręcają w jednym momencie. Nie wiem, czy istnieje jakieś naukowe wyjaśnienie tego faktu, tej koordynacji.

    Telepatii bym nie zakładał – bo to jest właśnie jednak komunikacja między osobnikami, bardziej tę „instrukcję”. Tudzież po prostu to, że poszczególni osobnicy Kameleona to bardziej jak nasze palce – nie muszą się porozumiewać, żeby wspólnie coś zrobić – bo koordynuje ich ruchy coś wyżej.

  4. No mnie ta telepatia zaintrygowała – zwróć uwagę że tam to nawet było częścią obrzędów religijnych i ten ichniejszy papież (zakładam że nie różnił się bazowo właściwościami od innych kamelenowych ludzi) mógł nawet bardziej świadomie doświadczać tych wizji jeśli miał team. Tak samo Noan. Może u reszty osób odbywało się to nieświadomie, nie na poziomie bezpośrednich wizualizacji, ale pragnień/aspiracji/emocji. Byłby to właśnie taki niewidzialny rodzaj, subtelnej koordynacji i czyniłoby to kameleona bardziej zjawiskiem niż bytem.

    Koncepcja Kameleona jako jakiego bardziej osobowego bytu „ponad”, władcy marionetek, wydaje mi się mniej atrakcyjna.

  5. Dla mnie to jednak nie była telepatia – tylko połączenie w taki mini-rój, spijanie wspomnień czy łączenie w sieć obliczeniową. Nadal traktuję telepatię jako kanał komunikacji między osobnikami – a tu tego nie było, tylko taka „komunia” sensu stricto (na pewno było to zaplanowane przez Rafała Kosika 🙂 ), stworzenie czegoś ponad.
    Kameleona traktowałbym jako byt – ale nie w znaczeniu osobowości, ile po prostu istnienia. Mającego instynkt przetrwania, zdolność mimikry i łączenia swych części – ale nie „władcy marionetek”, bo do tego potrzebna byłaby (IMO) świadomość, wola, jestestwo. Kameleon (IMO) nie potrafi powiedzieć „Ja jestem” – tylko reaguje instynktownie na zagrożenie, im bliższe, tym gwałtowniej.

  6. Myślałem, że już ustaliliśmy, że to był automat, tylko bardzo skomplikowany. W roju można domniemywać jednostek, tutaj osobowość jest pozorem, jak rzekłeś, odtworzeniem – skoro do stworzenia technologii potrzebne są jednostki, to je wyabstrachujmy. Ale czy to są istoty, czy tylko, hmm, emanacje, tego nie rozstrzygnęliśmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s