Relacja z majowego Stolyka o „Terrorze” Simmonsa

Artystyczne wyobrażenie końca wyprawy Erebusa i Terroru.

Tym razem robiłem notatki, ale nie wiem, czy to najlepsza metoda. Zobaczymy.

Rozmawialiśmy o „Terrorze” Dana Simmonsa. Trochę to odstraszająca cegła – zwłaszcza na pierwszy rzut oka, bo przecież ma tylko 600 stron.

Styl powieści jest bardzo suchy. To akurat wcale nie zarzut – dzięki temu tragiczne okoliczności są ukazane beznamiętnie, ale dojmująco. Simmons jak zwykle zamieszcza w swej powieści nawiązania metaliterackie – tym razem w sposób oczywisty nawiązuje do Poego (bal na lodzie) oraz Szekspira (Kaliban), ale także do Lovecrafta. Dalsze skojarzenia mogą nasuwać się same („Coś” Carpentera, na motywach opowiadania „Kto tam idzie?”), ale nie są już takie… pewne. Np. opinia ówczesnych uczonych, że strefy klimatyczne warunkują rozwój intelektu przypomniała mi „Inne pieśni” Dukaja, gdzie inne właściwości umysłu aktywowały się pod wpływem Formy różnych kratistosów – ten sam antyczny motyw.

Padł zarzut pewnego porzucania wątków: najpierw mamy wątek horrorowy, potem mamy wątek survivalowy, potem mamy wątek eskimoski. Przy czym np. wątek potwora urywa się dość nagle – Tuunbaq przestaje pożerać marynarzy i powraca dopiero przy grupie Hickeya. Tak, jakby autor chciał się skupić na czym innym i potwór zaczął zawadzać. Zastanawiające było także, że opisywane w pewnym momencie stada szczurów nagle przestały być dokuczliwe i przestały pojawiać się na kartach „Terroru”. A przecież marynarze by to zauważyli, ponadto – źródło pożywienia…

Fascynujące i przerażające było obserwowanie tego, jak brytyjska Admiralicja powtarza te same błędy, nie dostosowuje się do warunków arktycznych, z uporem graniczącym ze ślepotą próbuje eksportować swe wzory i zwyczaje na tereny zupełnie odmienne od tych, na których te wzory wyewoluowały. Swych założeń nie weryfikowali, lecz nadal im hołdowali, nawet gdy prowadziły do zagłady. Wyprawa sir Johna Franklina była zupełnie nieprzygotowana na – wszak realną – możliwość zimowania na lądzie, w jej składzie byli sami marynarze i żołnierze, a brak było choćby kilku myśliwych i traperów. Wszystko, co mogło być im (wg wytycznych Admiralicji) potrzebne, targali ze sobą na tych dwóch małych stateczkach, za to nie mieli rzeczy prawdziwie niezbędnych. Nie korzystali ze sposobów przetrwania wypracowanych przez autochtonów, ignorując ich bądź traktując jak zbędnych dzikusów. Mieli palisander czy inne rodzaje drogiego drewna na trumny dla oficerów, ale nie mieli lekkich sań, nieprzemakalnych ubrań i broni myśliwskiej. W dodatku absurdalne dyscyplinarne wymogi Franklina, jak ten, gdy na mszę żałobną w temperaturach arktycznych wszyscy mieli pojawić się bez ubrań wierzchnich – by widoczne były galowe mundury. Zresztą – nawet liberalny Crozier zrugał stewarda Bridgensa, gdy ten starał się podsunąć mu książkę opisującą sposoby przetrwania na mroźnym pustkowiu – wobec Franklina, który ignorował z pobłażaniem nawet sugestie swych najbliższych współpracowników (ale wciąż tylko podwładnych), Bridgens czy ktokolwiek inny nawet nie próbował takich niestosownych zachowań.

Fakt wygrania przetargu przez firmę niesprawdzoną, jedynie ze względu na zaproponowaną cenę, akurat nie dziwi – bo to się nie zmieniło. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację polskich żołnierzy w Iraku, z niewłaściwym ubiorem, niedostosowanym sprzętem, złym kamuflażem…

Biurokracja ma naturalną niechęć do zmian – a brytyjska Admiralicja, w świetle globalnych sukcesów, była tym zmianom szczególnie niechętna. Jak opisywał Edwin Bendyk w Politykowym „Niezbędniku inteligenta”, od momentu wykazania zbawiennych skutków picia soku z cytryny (czy jedzenia kiszonej kapusty – Cook) do wprowadzenia obowiązku wydawania marynarzom tegoż soku jako lekarstwa na szkorbut upłynęło bagatela! około 80 lat.

China Mieville zarzucił ponoć Simmonsowi homofobię, bo głównym „złym” jest homoseksualista. Jednak mam tutaj wątpliwość – czy aby na pewno? Nie przypominam sobie, aby w powieści Hickey podczas pobytów na lądzie także rozglądał się za facetami. Co natomiast występowało (i tylko na lądzie) w przypadku pary „dobrych homoseksualistów” (bo przecież nie gejów – Bridgensa i Peglara). To mogłoby znaczyć, że homoseksualizm Hickeya był homoseksualizmem wymuszonym poprzez wieloletnie pobyty w towarzystwie jednopłciowym. Tym samym trudno byłoby mówić o Hickeyu jako „prawdziwym” homoseksualiście – w przeciwieństwie do tej pary (Bridgens i Peglar).

Ostatecznie „Terror” został uznany za książkę dobrą, ale nieumywającą się do „Hyperiona”. Czy to wystarczy, aby ją polecić? Moim zdaniem, tak – a jakie jest zdanie innych uczestników spotkania?

Znalezione szczątki na rycinie z epoki.

Reklamy

One thought on “Relacja z majowego Stolyka o „Terrorze” Simmonsa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s