Relacja z kwietniowego Stolyka – „Vatran Auraio”

Relacja tym razem się pojawia – a to dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednich „gładkich” lektur, „Vatran Auraio” sprowokował udaną i długą dyskusję, w której padło o wiele więcej pytań niż odpowiedzi. Było to o tyle ciekawe, że spośród obecnych (Oranea, flamenco, Maeg, Bakalarz oraz ja) właściwie tylko Oranea wyraziła aprobatę dla powieści.

Od początku zatem.

„Vatran Auraio” jest opowieścią o… no właśnie. Zapewne o ludzkiej kolonii na obcej planecie – chociaż flamenco zgłosił skojarzenie z „Cieplarnią” Aldissa, czyli Ziemią w bardzo odległej przyszłości (oczywistym etnograficznym skojarzeniem jest także Ekumena Ursuli LeGuin). Ale czy nadal ludzkiej? Czy w ogóle kiedyś była to ludzka kolonia? Maeg i ja wysunęliśmy hipotezę (zapomnianego) eksperymentu – oto szalony naukowiec/przywódca sekty religijnej przylatuje na planetę o raketą z bankiem nasienia i jajeczek oraz zestawem małego geninżyniera i zaczyna kombinować. Zmiany fizyczne powstałych istot są zamierzone (choć może nie wszystkie) i nieodwracalne, a  rezultat? Nieznany. Przemawiać za tą teorią może powieściowy fakt sporządzania mieszanki niezbędnej do udanego vyleta z miejscowych składników – tak skomplikowany proces, niezbędny do utrzymania obcego gatunku przy życiu, praktycznie nie mógłby udać się za pomocą improwizacji – zatem może cały proces został zaprojektowany przy uwzględnieniu „okoliczności przyrody” Dolany.

(Swoją drogą trzeba wskazać, że Huberath – jak Reymont w „Chłopach”, co zauważyła Oranea, a także Szostak/Orbitowski/Dukaj – ukazał cały jeden cykl tych obcych okoliczności przyrody: od przebudzenia z jednego nocelja aż do zaśnięcia na kolejny. Skoncentrował się jednak na tym, co dotyczy społeczności Dolany, ich rytuałach i sposobach przetrwania – na życiu.)

Czy to nieudana próba kolonizacji na warunkach zasiedlanej planety? Czy tylko zabawa w boga, nieuchronnie przeradzająca się w zabawę w demiurga? flamenco nie podobała się ta hipoteza – twierdził, że nic w książce nie daje jej podparcia. Twierdzę inaczej – nic w książce jej nie ZAPRZECZA. A tym samym jest uprawniona.

A może ważna dla interpretacji powieści jest dedykacja „Lemowi”? Może Huberath poprzez dyskusję Alicy z Ajfridem na temat „inteligentnego poroka” odnosi się do możliwości kontaktu czy też jego pozorności? A może cały ekosystem planety jest faktycznie jednością i reaguje na obecność ludzi? Wysłanie „inteligentnego poroka” byłoby próbą kontaktu – może nie pierwszą, może jednak ostatnią. Czy Alica ma rację, obawiając się podmieńców – pseudoludzi, tworów planety? A może jeszcze inaczej – może cała osada, wszyscy jej mieszkańcy to – zgodnie ze słowami Liljki – wcale nie ludzie („Kameleon” Rafała Kosika był tu także naszym skojarzeniem)? Może to pozostałość dawnej reakcji solarisowego ekosystemu planety na obecność obcych – prawdziwych Homo sapiens? Czyżby sporo prawdy było w podaniach mieszkańców Dolany o tym, że zrodzili się z drzew (tu z kolei prosiaczki z „Mówcy Umarłych” Carda)? Tak, jak Solaris tworzyło kopie, imitacje ludzi, tak ta planeta stworzyła niemal doskonałe imitacje ludzi, które po odejściu wzorców – prawdziwych ludzi – pozostały odrębną społecznością, bazującą na zdobytej u ludzi wiedzy i zasiedlającą miejsce pierwszego pobytu przybyszów. Mimikra sięgałaby języka, strojów, zwyczajów. W takim wypadku jedynymi „prawdziwymi” ludźmi w powieści byliby Liljka (oraz inni przylatujący) i Daedd Furlongg. To kusząca i odpowiadająca na niektóre pytania hipoteza, ale wcale nie wystarczająca.

Obecnie (w czasie fabuły powieści) istoty zamieszkujące Matciną Dolanę rodzą się wskutek powiązanego ze śmiercią zapłodnienia i rozkładu ciał rodzicieli. Taki sposób rozmnażania jest koniecznością (?) wobec zwężenia bioder i miednic kobiet, a tym samym kanału rodnego. Żadne dziecko nie wydostanie się z łona kobiety „tradycyjną” drogą, a te, które próbują ciążę donosić, giną wraz z płodem w męczarniach. Tu już pojawia się wielowarstwowa wątpliwość co do świata przedstawionego. Jak bowiem możliwe, że tak niekorzystna dla gatunku mutacja rozprzestrzeniła się wśród całej populacji i utrwaliła jako jedyna możliwość? Pierwsze kobiety o takich cechach powinny wymrzeć bezpotomnie, a jeśli nosicielami jej byli mężczyźni, to w każdym pokoleniu powinna rodzić się pewna liczba wąskobiodrówek, pozostających bezpotomnymi. To pierwsza warstwa wątpliwości. Druga – w tej społeczności nie zachodzi przypadek znany z opisów niektórych plemion pierwotnych, niekojarzących aktu seksualnego z zapłodnieniem. Wręcz przeciwnie – tutaj każde dziecko i każdy dorosły WIE, że akt seksualny=śmierć (to swoją drogą bardzo radykalne i religijnie umotywowane stanowisko – z powieści można wywnioskować, że każdy stosunek kończy się zapłodnieniem, a to prowadzi do śmierci, czy to w trakcie vyleta i narodzin dzieci, czy poza vyletem i śmiercią bezpotomną). Skoro zatem wiedzą o relacji przyczynowo-skutkowej, nasuwają się kolejne dwa pytania – czemu nie stosują cięć cesarskich? Nawet przeprowadzone po amatorsku, w społeczności, która zatraciła większość wiedzy medycznej,  miałyby większą dozę przeżywalności niż stuprocentowo śmiertelny vylet. Drugie pytanie – czemu nie robią tego, co polski Kodeks karny określa czule jako „inne czynności seksualne”? Seks oralny, analny, manualny – czy też: miłość francuska, grecka, hiszpańska – czemu te istoty nie robią ze sobą nawzajem tych wszystkich rzeczy, które przynoszą przyjemność i rozładowanie seksualnych napięć?A przynajmniej Huberath nie sugeruje, by coś takiego zachodziło (czy scena obezwładnienia Alicy przez Sirijkę dla mężczyzny jest taką sugestią?). Tu znowu nasuwa się perspektywa religijna, biblijna – tego się po prostu nie robi, bo zostało zakazane. Ale stosunki poza vyletem także są zakazane, a jednak się zdarzają („Pobiegła do Kirusa. Oni wszyscy to robią przed vyletam, chociaż nie powinni”).

W tej perspektywie jeszcze inaczej ukazuje się zasadność pierwotnego i podstawowego pytania: czy to nadal ludzie? Psychologicznie, nie tylko biologicznie? Czy mają oni te właściwości, które zakładamy za naturalne dla społeczności ludzkich? Nie znają swoich rodziców, nie znają swojego rodzeństwa, nie zawierają małżeństw (choćby nieformalnych, bez ceremonii – idzie o stałe związki), nie wychowują swoich dzieci – to wszystko oczywiście zdarza się w społeczeństwach obecnych (sieroty, porwani za młodu, Adam Carrington), ale jest wyjątkiem. Tymczasem w tej gromadzie wyjątek stał się regułą. „Dzięki” temu nie znają bratobójstwa – bo nie mogą zabić nikogo ze świadomością „oto mój brat, a ja go zabijam” – ale nie znają także kazirodztwa – bo nie wiedzą, kim są ich siostry. Nie znają troski o starszych – bo starszych tu nie ma (Gata jest Dziwaczką i mieszka samotnie, gdyby nie Alica, Gata zmarłaby samotnie). Co jeszcze bardziej znaczące w kontekście wcześniejszej twórczości Huberatha oraz biblijnych nawiązań w treści „Vatran Auraio” – te istoty nie mają religii, wiary. Nieobecność Boga jest tu – moim osobistym zdaniem – demonstracyjna. Piszę (nie wiem, czy rozmówcy się ze mną w tym punkcie zgadzają, dlatego uwypuklam swoje zdanie) o demonstracyjności nieobecności Boga w „Vatran Auraio”, gdyż cała powieść jest z kolei pełna nawiązań biblijnych i chrześcijańskich.Dlatego nieobecność figury, z którą Biblia i chrześcijaństwo łączą się nieodłącznie, jest moim zdaniem znacząca (może nawet kluczowa).

Daedd Furlongg – onegdajszy przybysz z kosmosu i prawie na pewno Homo sapiens naszego typu (David Furlong?) – sprawia wrażenie, że chciał zdjąć z mieszkańców Dolany ciężar grzechu pierworodnego, chciał ocalić ich przed konsekwencjami winy pierwszej (zerwanie owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego) i drugiej (bratobójstwo). Czyli sprawia wrażenie misjonarza na opak, misjonarza, który odmawia nauczanym odkupienia (a raczej Odkupienia), próbując odciąć winę u jej „korzeni”. Inne symbole to czerwone znaki, jakie malują – jako przykazane przez Furlongga – Alica i Ajfrid, przypominające te z okresu plag egipskich – drzwi pomalowane krwią baranka omijał anioł śmierci, jako przynależące do narodu wybranego. Ajfrid nazywany jest wężem, „smyjem” – co po części jest drugim, po języku, nawiązaniem do słowiańszczyzny, a po części może kojarzyć się z Quetzalcoatlem, „Opierzonym Wężem”, a także Feniksem. Gdy uwzględnimy to, że feniks był wczesnym symbolem chrześcijańskim, a populacja osady odradza się ze szczątków swych poprzedników…

Jeden ważny trop nam umknął – nie skojarzyliśmy Liljki z Lilith (co z kolei zauważyli Szostak/Orbitowski/Dukaj), co dodaje jeszcze wagi wątkowi grzechu pierworodnego i prób uniknięcia jego konsekwencji. Szostak/Orbitowski/Dukaj piszą o alegorii Raju na opak. Czy jednak bardziej nie jest to Piekło? Wszak „Piekło to nieobecność Boga” – może stąd ten upadek, ten „zwój” wiedzy i liczebności osady.

A może kluczem jest odwrócenie, kierunek od lepszego do gorszego? W apokryfach to Lilith była wężem, w powieści Ajfrid jest do węża (smyja) porównywany. W Biblii mowa jest o wyjściu z Raju, o rozwoju i nazywaniu świata – tu mowa jest o „zwoju”, o ostatnich, a nie pierwszych ludziach (bądź „ludziach”); tamAnioł Śmierci stał na straży Edenu, do którego nie można było wrócić, tu Auraio – postać angeliczna? – stoi na straży Dolany, z której wyjść można jedynie na krótko. Turpizm, estetyka rozpadu, upadku i rozkładu, zawsze obecna w utworach Huberatha, w „Vatran Auraio” obecna jest nie tylko w opisach, ale i u podstaw funkcjonowania społeczności: rozkładające się zwłoki rodziców przy vylecie, stryżeja i kości przodków, krvawe zname. A do tego miłość, pożądanie, skomplikowane relacje dwóch płci – to wszystko u Huberatha powraca, jest stałym motywem. Jak w „Trzech kobietach Dona”, jak w „Ostatnich, którzy wyszli z raju”, jak w „Balsamie długiego pożegnania” – jest raczej gorzej niż było i lepiej nie będzie.

A może – i tu znowu nawiążę do dedykacji „Lemowi” – „Vatran Auraio”, wraz z zamieszczonymi w tym samym tomie opowiadaniami, ukazują niemożność, bezsens kolonizacji kosmosu? Bo albo my się zmienimy – a tym samym stracimy człowieczeństwo, zatem trudno mówić o kontakcie z Obcym, a jedynie o staniu się Obcym, albo nie zmienimy się wcale, a wtedy kontakt będzie powierzchowny, kolonizacja tymczasowa.

Jak wspominałem na początku, „Vatran Auraio” u czterech z pięciu uczestników Stolyka nie wywołało reakcji „o, jaka dobra książka”. Mnie najbardziej przeszkadzał brak klucza do powieści; nie mogłem i nadal nie mogę odpowiedzieć sobie „po co ta książka została napisana?”. Nie idzie mi tu o brak sensu powieści czy o brak jej wartości – idzie o nieznalezienie wątku przewodniego, idei, która przyświecała autorowi podczas trzynastu lat jej tworzenia. Może to wynik właśnie długotrwałości i celowej wielowarstwowości. Może tego klucza nie ma, a Huberath planował napisać powieść, o której każdy może powiedzieć coś, czemu inne interpretacje nie zaprzeczają? Wiem jedno – odbiłem się od „Miast pod Skałą”, miałem wrażenie odbicia, niekompatybilności z „Vatran Auraio”. Stolykowa dyskusja zmieniła to – obecnie widzę w powieści znacznie więcej i to dodaje jej sporo uroku. Jednak klucza do powieści nie odnalazłem – zapewne jeden do niej klucz po prostu nie istnieje.

Reklamy

6 thoughts on “Relacja z kwietniowego Stolyka – „Vatran Auraio”

  1. Od siebie dorzucę jeszcze kwestię „germańskich początków” – w kontekście Furlongga. Większość bohaterów i nazw własnych nosi znamiona podobieństwa do bycia słowiańskimi. Potem pojawia się człowiek z gwiazd, który nazywa się z germańska. Ma jakąś wiedzę, ale niekoniecznie chce/potrafi przekazać ją wszystkim pozostałym – kwestia bariery językowej? A potem stopniowo cała wiedza i tak zanika w narodzie.

    I co do klucza – to jest jeden z naszych największych problemów. Bo w jego nieistnienie nie wierzę. Nie w przypadku książki, która powstawała ładne kilka lat.

  2. Pierwszy!
    Brawo Nosiwodu, temu panu!
    Twoje podsumowanie jak zwykle jest głębsze, inteligentniejsze i bardziej interesujące niż sama stolykowa dyskusja… 😉

  3. Następny miałby być jak „Diamentowy wiek” Stephensona 🙂

    A sprawozdanie nosiwodowe jak zawsze superporządne 🙂 Gratulacje 🙂

  4. „Daedd Furlongg – onegdajszy przybysz z kosmosu i prawie na pewno Homo sapiens naszego typu (David Furlong?) – sprawia wrażenie, że chciał zdjąć z mieszkańców Dolany ciężar grzechu pierworodnego, chciał ocalić ich przed konsekwencjami winy pierwszej (zerwanie owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego) i drugiej (bratobójstwo). ”
    Zapewne macie rację, ale mnie w kontekście winy pierwszej i drugiej do głowy przyszły kazirodztwo i bratobójstwo – nawiązania do Biblii nie ma w tym żadnego, ale w kontekście w jakim te słowa się pojawiły jest IMO uzasadnione: z tego co pamiętam, chodziło o to, że vylet ściaga z nich ciężar tych win, a że nikt nie wie, kto jest czyim bratem/siostrą, nie może więc być mowy o grzechu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s