Peter Watts, „Odtrutka na optymizm” – refleksje po stolyku

Stanisław Krawczyk
22 maja 2014 r.

„Kiedy tylko czuję, że moja wola życia jest zbyt silna, zaczynam czytać Wattsa”. Czy James Nicoll miał rację? Tak sugeruje tytuł polskiego zbioru opowiadań Kanadyjczyka. Ale czy odtrutką na optymizm musi być pesymizm? Czy umiejętność dostrzegania cierpienia, zła i bezsensu rzeczywiście nastawia nas negatywnie do życia?

To dopiero pierwsze z wielu pytań, które rodzi lektura tekstów Wattsa (który zresztą pisze na swojej stronie, że „jest człowiekiem znacznie bardziej optymistycznym, niż można by się spodziewać”). Nic dziwnego, bo jego opowiadania są przede wszystkim fantastyką pomysłu; czasami można wręcz odnieść wrażenie, że to szkice, które dałoby się jeszcze rozwinąć. Inną wspólną właściwością tych tekstów jest koncept kompozycyjny. Na początku zwykle nie do końca wiadomo, co się dzieje, po pewnym czasie w narracji pojawia się stosunkowo przejrzyste wytłumaczenie, a ostatecznie dochodzi do uogólnienia: postawienia wprost jakiejś tezy antropologicznej (filozoficznej, neurologicznej, psychologicznej…) o daleko sięgających implikacjach.

Warto też wspomnieć, że znajomość podstaw nauki związanej z danym utworem nie jest niezbędnym warunkiem lektury, chociaż pomaga zrozumieć dodatkową warstwę tekstu. Watts odwołuje się zresztą do wielu dziedzin wiedzy, od neurobiologii po biologię morską, i niełatwo podążać za jego śladami w każdej z nich.

Kolejną cechą łączącą opowiadania jest zainteresowanie ludzką psychiką, a zwłaszcza rozmaitymi jej zaburzeniami. Dobry przykład to W domu, tekst właściwie pozbawiony worldbuildingu i w całości skupiony na bohaterce, której kora mózgowa nieomal przestała funkcjonować. Skądinąd utwór staje się jaśniejszy po lekturze Niche, utworu nieobecnego w polskim zbiorze, ale dostępnego na stronie Wattsa. Oba opowiadania wiążą się ściśle z Rozgwiazdą – pierwsze miało trafić do jej końcowej części (ostatecznie nie trafiło), drugie pokrywa się z początkiem powieści.

Charakterystyczną cechą tekstów zamieszczonych w tomie jest to, że stawiając pytania, jednocześnie proponują one odpowiedzi. Zwykle ma to miejsce w dialogach i przemyśleniach bohaterów, ale Nowinę dla pogan pisarz dla pewności zaopatrzył w posłowie, w którym tłumaczy własny tekst. Owszem, teza posłowia brzmi ciekawie: jeśli można neurochemicznie wywoływać przeżycia religijne, to przypuszczalnie nie zniechęci to ludzi do religii, lecz przeciwnie – stanie się narzędziem władzy i manipulacji. Sam utwór jednak wydaje się mówić coś innego: człowiek wcale nie potrzebuje zewnętrznie indukowanych doświadczeń, aby być przerażającym fanatykiem. Tak czy inaczej, drażniące może być to, że Nowina… tak mocno odzwierciedla negatywny stosunek samego Wattsa do wszelkich chyba form religii.

W bardziej interesujący sposób do problematyki religijnej nawiązują inne teksty. Pierwszy z nich to Ciało stało się słowem, opowiadanie o człowieku szukającym tajemnicy życia i zatracającym na drodze własne człowieczeństwo. Tutaj chyba najwięcej jest pytań i najmniej odpowiedzi – proporcja dla Wattsa mimo wszystko dość nietypowa (przy czym pamiętajmy, że on również odpowiedziami potrafi pobudzić do myślenia). Można np. zastanowić się nad tym, czy człowieka dałoby się poskładać z komponentów, gdybyśmy je wszystkie zgromadzili. Albo nad tym, czy istnieje moment, w którym moglibyśmy stwierdzić, że oto przed chwilą ktoś był, a już go nie ma.

Drugi zbliżony utwór to Drugie przyjście Jasmine Fitzgerald, ponownie nawiązujący do religijnej terminologii już w tytule (tym razem chodzi o paruzję, a więc ostatnie przyjście Mesjasza). Ale tytuł to nie wszystko – bohaterka wydaje się układać świat podobnie do Boga pojmowanego jako mistrz matematyki. Wprawdzie tutaj mamy wyjaśnienie naukowe, ale czy sama nauka nie wyrosła z filozoficznych i teologicznych poszukiwań harmonii, porządku, symetrii? To skojarzenie trzeba dopiero wczytać w tekst, nie jest ono jednak chyba zbyt odległą interpretacją. Inna intrygująca możliwość to zestawienie przywołanej w opowiadaniu mechaniki kwantowej z Berkeleyowską zasadą esse est percipi: rzeczy istnieją wyłącznie dzięki temu, że ktoś je postrzega. Inaczej istniałaby tylko magma funkcji prawdopodobieństwa, nieforemna glina rzeczywistości. Historię Jaśminy Fitzwiedźmin (kamienna twarz) można traktować jako wyciągnięcie konsekwencji z takiego metafizycznego założenia, ale także – i do tego jest pewnie więcej przesłanek w tekście – jako utwór poprzedzający Matrixa (zgodnie z końcową notką o dacie publikacji: way before The Matrix came out).

Wypada tu jeszcze wspomnieć o Oczach Boga (kolejny religijny tytuł), które poruszają ważki problem: jeśli wiemy o tym, że ktoś ma nieakceptowane kulturowo myśli (np. pedofilne), to automatycznie traktujemy go inaczej, nawet jeżeli nigdy im nie uległ. A na końcu tej części pozostawmy ogólniejszy problem: czy Watts ma coś do powiedzenia w sprawie religii i mówi to, nie oglądając się na detale? A może nadmiernie upraszcza oraz ideologizuje? Do rozstrzygnięcia we własnej lekturze.

Było o fantastyce pomysłu, teraz czas na Ambasadora, który zawiera i przesłanie, i treści rozrywkowe. Fabuła biegnie tu chyba najbardziej żywo, nie brakuje zwrotów akcji (choć może należałoby raczej mówić o zwrotach narracji), a zarazem Watts stara się powiedzieć coś istotnego o człowieczeństwie oraz inteligencji w ogóle. Tym krótkim tekstem autor przekreśla podstawowe założenie space opery, stwierdzając, że naturalnym efektem kontaktu między ludzkością a obcą cywilizacją będzie wojna, nie zaś pokojowe współistnienie (ani też, jak to często bywało u Lema, niezrozumienie i wzajemna izolacja – ale to jeszcze inny kontekst).

Ambasadorowi pod względem tzw. sensu globalnego bardzo dobrze odpowiada Wyspa, podkreślająca rolę agresji w życiu istot inteligentnych. Finał jest niewesoły, lecz kto doczyta do tego miejsca, ten i tak już nie będzie liczył na pozytywne zakończenie. Wyspa dostała Nagrodę Hugo, niemniej wydaje się trochę przeciągnięta. Po co np. tutaj motyw kazirodztwa? Dla kolorytu, egzotyki? Czy może Watts po prostu lubi pisać o ludziach z uszkodzoną psychiką?
Dwie ostatnie uwagi, już swobodne. Po pierwsze, nie spodobał się nam za bardzo Malak. Od początku mogliśmy się domyślać, do czego ten tekst doprowadzi, a sam sposób opowiadania nie był specjalnie elektryzujący. Poza tym utwór nie wydawał się nam świeży – czy nie jest tak, że wizja w nim zawarta od dawna krąży już w głowach wielu ludzi? I druga uwaga: Cosie. Z jakiegoś powodu rozmawialiśmy głównie o statusie prawnym i oryginalności tego tekstu, rozważając, czy nie jest on fanfikiem filmu Carpentera. Kwestię może komplikować to, iż utwór nawiązuje nie tylko do filmu, lecz także do opowiadania Johna W. Campbella Who Goes There? z 1938 roku.

Całość na pewno warto przeczytać, a osoby anglojęzyczne zainteresuje może wiadomość, iż Watts udostępnia swoje teksty za darmo pod adresem http://www.rifters.com/real/shorts.htm. Są tam także wszystkie opowiadania z Odtrutki na optymizm. Niemniej jednak wygląda na to, że krótkie formy Kanadyjczyka nie przebiją Ślepowidzenia… które zresztą też jest dostępne na wspomnianej stronie. Wiecie, co macie robić.

Staszek Krawczyk, Warszawa 2014-05-22

Drodzy Czytelnicy i uczestnicy!
Na koniec zapraszamy do wzięcia udziału w Naszej Małej Ankiecie:

Advertisements

One thought on “Peter Watts, „Odtrutka na optymizm” – refleksje po stolyku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s