Czy rekin przeżyje? Stolyk czyta Kantyczkę dla Leibowitza

1.

Jak wiadomo, Kantyczka dla Leibowitza Waltera M. Millera przedstawia świat po wojnie atomowej. W takim uniwersum moglibyśmy się spodziewać śmiertelnej powagi, a tymczasem powieść jest zaskakująco ironiczna, miejscami nawet żartobliwa. Trudno się nie uśmiechnąć, czytając o pokracznych mnichach z opactwa błogosławionego Leibowitza, którzy niby przechowują mądrość zniszczonej cywilizacji, ale w istocie traktują ślady przeszłości z zabobonną nieufnością. Gdyby Ignacy Krasicki żył dzisiaj, mógłby napisać coś podobnego.

Początkowe ukazanie wad zakonników – w tym i samego Francisa, głównego bohatera części pierwszej – nie jest jednak celem samym w sobie. Wydaje się, że tkwi tutaj pewne przesłanie: oto Bóg działa nawet poprzez ludzi słabych, grzesznych i śmiesznych. W przyszłości mogą stać się postaciami mitycznymi lub wręcz świętymi (czy tak właśnie było z Leibowitzem?), ale gdy jeszcze żyją, daleko im do piedestałów.

Inna sprawa, że im dalej w las, tym bardziej mnisi są idealizowani. W pierwszej części zasadniczo przygłupi, w drugiej znacznie rozsądniejsi (ich irracjonalna niechęć do dawnej wiedzy ustępuje świadomej, krytycznej ostrożności), w trzeciej stają się już nieomal posągowi. Nadal pojawia się humor, ale postępująca idealizacja zakonników stanowi słabość utworu.

Na szczęście słabości nie ma tu wiele. Na spotkaniu odnaleźliśmy jeszcze chyba tylko jedną, drobną, a dotyczącą faktograficznej spójności tekstu. Otóż książkowa nuklearna apokalipsa miała najpewniej miejsce w latach sześćdziesiątych XX wieku, czyli krótko po dacie wydania książki w rzeczywistym świecie (1960 rok). Skąd w takim razie wzięły się statki kosmiczne jeszcze przed wybuchem wojny jądrowej?

2.

Przed rozmową nikt z nas nie sprawdził, czy autor książki był katolikiem (był). Ale uznaliśmy zgodnie, że bardzo byśmy się zdumieli, gdyby było inaczej. W tym kontekście warto rozważyć, czy Kościół katolicki z Kantyczki dla Leibowitza jawi się jako łagodniejszy niż ten, który znamy z historii. Można stawiać taką tezę, bo w powieści zupełnie nie widzimy ludzi Kościoła, którzy sprawowaliby władzę i uciskali swoich poddanych. Równocześnie jednak czytamy o wysyłaniu wojsk kościelnych (w tym również ochotników) do ochrony misjonarzy przed „poganami”, a to już nasuwa niemiłe skojarzenia z krucjatą.

Tak czy inaczej, przynajmniej mnisi w zakonie Leibowitza mogą wydawać się postaciami (pomimo wad oraz grzechów) pozytywnymi. Nie tylko ocalili wiedzę starożytnych, ale też pragną ochronić ludzkość przed jej nieodpowiedzialnym wykorzystaniem. Lecz jeśli wydarzy się powtórna katastrofa, to czy mnisi nie będą za nią współodpowiedzialni, skoro ostatecznie zgodzili się podzielić zapisami zapomnianej nauki? Powieść nie daje tutaj prostej odpowiedzi, w ogóle zresztą pozostawia czytelników z wieloma pytaniami (i bardzo dobrze).

Jedno z tych pytań: czy tekst jest fatalistyczny? Inaczej mówiąc, czy w ponadtysiącletnim cyklu historii ludzkość czegokolwiek się nauczyła? Czy Kościół czegokolwiek się nauczył*?

3.

Jedyny nadprzyrodzony komponent tekstu (jeśli nie liczyć Bożej opatrzności, która może jest, a może jej wcale nie ma) stanowi wątek Żyda Wiecznego Tułacza. Mało prawdopodobna zdaje się możliwość, że to po prostu kolejni ludzie pragnący być mityczną postacią. Raczej istotnie mamy do czynienia z Ahaswerem. Z nim też wiąże się sznur pytań: dlaczego doprowadził do odkrycia dokumentów przez Francisa? Czy będzie chodził po świecie również po zakończeniu powieści? Czemu doszukiwał się Mesjasza w Thonie Taddeo? Kto wie, może niektóre odpowiedzi stałyby się bliższe po uważnej analizie dialogu Żyda z opatem w części drugiej (rozmowę tę można skądinąd czytać na parę sposobów: ironicznie lub poważnie, jako wymianę wiców lub toczony na serio spór).

Jeszcze inna porcja wątpliwości dotyczy tytułów ksiąg. W pierwszym z nich, Fiat homo, wyraz „człowiek” może odnosić się do Francisa, ale też do mnichów zakonu Leibowitza oraz innych społeczności, które wychodzą ze stanu barbarzyństwa i na nowo budują cywilizację. Analogicznie z księgą trzecią, Fiat voluntas Tua: co tu właściwie jest, a co nie jest wolą Boga? Najbardziej jednoznaczny wydaje się tytuł części drugiej, Fiat lux: początek światłości to zarówno powtórny wynalazek światła elektrycznego w świecie przedstawionym, jak i symboliczne nawiązanie do pierwszego opisu stworzenia świata w Księdze Rodzaju. (Notabene: lampę nazywają mnisi w żartach Lucyferem, tak samo jak – już ze śmiertelną powagą – bombę atomową w ostatniej księdze).

4.

Kantyczka dla Leibowitza ma zajmującą historię edycyjną. W USA pojawiły się najpierw trzy opowiadania, a potem oparta na nich powieść. W Polsce ta ostatnia miała dwa równoległe wydania CIA-Books i PAX-u (z dwoma jednoczesnymi przekładami), potem dołączyły do nich edycje Frondy i Zysku. Ciekawie byłoby się przyjrzeć relacjom między tymi wszystkimi wersjami. Ale to zadanie dla historyka literatury, a nam wystarczy spuentować: jeżeli dotąd nie czytaliście Kantyczki…, naprawcie swój błąd, jako i myśmy naprawili. Tylko szybko, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie wojna atomowa.

Autor: Staszek Krawczyk

* Uwaga, spoilery:

.

.

.

Powieść kończy się powtórzoną apokalipsą. Czy są powody, aby sądzić, że grupa zakonników, którzy wyruszają w przestrzeń kosmiczną, stworzy świat lepszy niż ginąca Ziemia? A może za wiele setek lat hekatomba znowu się powtórzy? Być może nowy świat nie jest ani lepszy, ani nawet gorszy od poprzedniego, tylko po prostu jednakowy?

Intrygującą kwestią jest też to, czy na Ziemi zachowa się jakiekolwiek życie. Skoro wymierają krewetki i witlinki, to czy rekin (w końcu wyjaśnia się tytuł tego wpisu) ma szansę przeżyć? Wypłynął na czyste, głębokie wody, lecz pozostaje głodny. Czy to nie symbol pokazujący, że po drugiej apokalipsie wszelkie życie na Ziemi jest skazane na zagładę?

W takim wypadku może należałoby powiedzieć: jest gorzej, niż było. Po pierwszej wielkiej wojnie na planecie przetrwali zarówno ludzie, jak i zwierzęta; po drugiej może nie być już nikogo ani niczego.

A skądinąd to interesujące, że każda z trzech ksiąg kończy się obrazem zwierząt, nie zaś ludzi.

Advertisements

One thought on “Czy rekin przeżyje? Stolyk czyta Kantyczkę dla Leibowitza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s