Niestety, zapomniałem, że miałem w torbie aparat, zatem fotek nie będzie ![]()
Do meritum:
“Głową w mur” Rafała Dabliu Orkana zostało ogólnie ocenione pozytywnie, ALE. I tych “ale” było całkiem sporo.
Piszę o wszystkim, co zapamiętałem, obecnych proszę o uzupełnienie, a nieobecnych – o nowe uwagi i komentarze co do trafności naszych spostrzeżeń. Nie wyróżniam też zwykle, co kto mówił – bo nie pamiętam, no i staram się pisać głównie o tym, na co większość się zgadzała (albo takie miałem wrażenie). Ale są wyjątki.
Jednym z podstawowych zarzutów było pewne niedopracowanie, nieodłożenie na chwilę, widoczne szwy na łączeniach. Widać, że “Miód w moich żyłach” jest/był osobną całością (i swoją drogą najlepszą częścią książki), a jego połączenie z historią Byhtry wydaje się dość automatyczne i sztuczne. Podobnie inne opowiadania, dotyczące innych niż Byhtra postaci, zostały w zakończeniu połączone trochę na siłę. Nie znaczy to, że nie ma to sensu – ma, ale wygląda to trochę kanciaście.
Ponadto chyba wszyscy zgodziliśmy się, że powieść ma luki, jeśli idzie o ukazanie świata, o ukazanie miasta. Nie chodzi tu o brak mapki
Raczej o wykrzywione spojrzenie, pokazujące tylko same doły i wyżyny – brakuje środka, jakichś ludzi, którzy w Vakkerby normalnie żyją. A wiadomo, że taka grupa być musiała. Roboczo nazwałem to “klasą średnią”, chociaż oczywiście nie idzie o naszoświatowe podziały, ile o jakiś vakkerbski odpowiednik – kupców, rzemieślników, lepiej sytuowanych robotników. Po części jest to zrozumiałe – bohaterowie pochodzą z warstw bardzo niskich, wykonują gówniane prace, więc ich spojrzenie nie jest pełne. Jednak w pierwszej partii książki narrator jest trzecioosobowy, mógłby zatem autor tą drogą przedstawić nam świat, w którym dzieje się akcja. Nie idzie także o szczegółowość, wyliczenie obrotu handlowego Vakkerby z miastami wybrzeża, ile o jakiś zarys, historię – albo uzasadnienie ich braku. Można wiele rzeczy zakładać, domyślać się – ale wydaje nam się, że w pierwszym tomie cyklu autor powinien nieco bardziej “uzasadnić” ten świat, to miasto.
Mieliśmy także wrażenie innych luk, czy też niejasności, w konstrukcji świata. Vakkerby jest ogromne, ma wielkie mury, najeżone samopałami, w mieście działają wytwórnie bojowych żywotworów i golemów – a jednak mazurbalańscy barbarzyńcy – jak się wydaje – zdobyli miasto bez trudu. Nie ma mowy o stratach wojennych, o zniszczeniach – czemu Mazurbalańczycy, jak można wnioskować – górale o dużej odwadze, ale pozbawieni technomagii, weszli w Vakkerby jak w masło? Można znajdować wyjaśnienia – ogólny marazm społeczny, dekadencja warstw wyższych, brak wspólnego interesu, zaskoczenie – ale to tylko domysły, pozbawione podstaw w tekście. Tego brakuje.
Jeśli idzie o społeczeństwo, dziwi także powszechne “oczytanie”. Byhtra lubi poleżeć w wannie z poezjami Kaligossy, Gebneh przeczytał “wiele mądrych książek”, zwykły palacz w krematorium bez problemu czyta nagrobek agenta, a na samym dole dołów – w Dzielnicy Tykwy – na ścianach wypisywane są wulgarne i nieortograficzne, ale czytelne graffiti. Pytanie – gdzie ci wszyscy ludzie nauczyli się pisać i czytać? Skąd brali książki? Istnieją tam szkoły i biblioteki publiczne? Wszak warunkiem powszechnej alfabetyzacji jest powszechne szkolnictwo. Kiedy Byhtra nauczył się czytać i rozsmakował się w poezji – kiedy był młodocianym zabójcą, kiedy robił zrywkę, czy kiedy “uciszał” ludzi? Wydaje się to nielogicznym przeniesieniem realiów naszego świata.
Kreacja Byhtry może także nieco drażnić swoim “supermenizmem” – po kilku przejściach wiadomo już, że jego po prostu nie da się zabić. To zmniejsza dramatyzm kolejnych etapów fabuły, swoją drogą dość prostej. Może także zostać uznany za przesadny turpizm opisów – nurzanie się w nieczystościach, fizjologii – autor zapewne chciał w ten sposób pokazać: tak, tu naprawdę jest tak źle i ohydnie. Jednak zostało także podniesione to, że skoro to jest normalne otoczenie dla Byhtry, nie powinien tak tego zauważać i opisywać.
Jeśli idzie o opisy – wydaje mi się, że powieść nie została do końca dopracowana od strony redakcji. Poza wspomnianymina początku “szwami” opowieści idzie np. o opis kaptprepozytora, praktycznie powtórzony na str. 6 i 174. Ponadto coś, co mnie osobiście w trakcie lektury bardzo irytowało, na tyle, że wziąłem ołówek i zacząłem liczyć – “niech mnie utopią w Mrocznicy”, powtórzone 51 razy. 51 razy! Rozumiem, że to jest manieryzm Byhtry, takie “mociumpanie” czy “panie kochanku”, ale ile można?! 51 razy? 10 razy byłoby zauważalne i zrozumiałe, ale nie 5×10.
Ciekawe również, czy i na ile Dabliu fascynuje się komiksami Jodorowsky’ego? Bowiem (bardzo udane) neologizmy Dabliu wydają się związane z np. technokapłanami, metabaronami czy homeodziwkami z uniwersum komiksów pana J.
Mieliśmy także wrażenie, że powieść ta jest w pewnym zakresie katharsis autora, odreagowaniem przeżyć ze świata realnego, przeniesieniem frustracji i obaw do świata stworzonego. Może to nadinterpretacja, ale tak jakby Dabliu chciał, żeby jakiś przyzwoity sukinsyn w rodzaju Byhtry oczyścił także nasze realia. To nie jest czymś złym, ale ma swoje konsekwencje – chociażby taką, że zdecydowanie lepsze, “prawdziwsze”, wydają się te partie tekstu, które pisane są z perspektywy dołów społecznych. To wzmacnia siłę “Miodu z moich żył” i to osłabia wizerunek Złotorękich czy Technomagów. Gebneh, Tane-Tani są realni(ejsi) niż ci z góry.
Jednocześnie “Głową w mur” ma ciekawych bohaterów, fascynującą scenografię zasnutego technosmogiem miasta-molocha, hyde-parkowo-żywoto-brianowskie (choć zupełnie na serio) partie wystąpień proroków (które wydają się osnową – a nie przerywnikiem – opowieści), interesującą opozycję niejednoznacznych bytów wyższych: Maszynowy skisły Bóg-sataniczny Niszczyciel… Jest to niewątpliwie świeży powiew na polskim rynku i niezła powieść, z pewnymi brakami.
flamenco stwierdził, że Dabliu trzeba obserwować i za kilka lat będzie takim “must-readem” fantastycznym. Chyba się zgadzam. Poczekamy, zobaczymy.

Ja też miałem w plecaku aparat i też zapomniałem
Streszczenie, ok. Nie zapamiętałem więcej, poza momentem, kiedy objawił się duch…
A długo siedzieliście jeszcze w parku?
Zdecydowanie najwięcej miejsca poświęciliśmy rozważaniu stratyfikacji społecznej w Vakkerby. Moim zdaniem jest ona domyślna, choć jakieś poszlaki dla jej istnienia są. Ale nie wszyscy się ze mną zgadzali. Natomiast faktem jest, że odsetek łotrów w mieście wydaje się zbyt wysoki, by społeczeństwo mogło poprawnie funkcjonować.
Nosiwoda chyba nie wspomniał również o kwestii żywności itp. Po co spadź? I dlaczego spadź nazywa się spadź?
Dodam jeszcze wątpliwości co do serca Maszynowego Boga – ot tak, w kanałach sobie wisi? I w ogóle cały pomysł z nim wydał mi się mętny.
O Spadzi nie pisałem, bo wydało mi się poniewczasie, że jej wykorzystanie jako “pożywki dla biedaków i zwierząt” to mało istotna (dla Technomagów) pochodna, a nie główny cel jej istnienia. Stąd i zarzut “co technomagów obchodzi, że biedacy głodują?” niejako odpada – bo ich to nie obchodzi.
Co do nazwy – jest IMO zrozumiała, bo http://pl.wikipedia.org/wiki/Spad%C5%BA – tak samo, jak nasza spadź, jest wytworem insektopodobnych stworów z pozaprzestrzeni, hodowanych właśnie po to, żeby ją wytwarzały. Jak mszyce, hodowane przez mrówki. I jak nasza spadź, ma wiele zastosowań i walory odżywcze.
Czym jest spadź, to ja wiem
jednakże ten wątek również zajął dobrych kilka minut w dyskusji, a nawet spowodował wtrącenie się osoby z zewnatrz.
@Shadow
“Natomiast faktem jest, że odsetek łotrów w mieście wydaje się zbyt wysoki, by społeczeństwo mogło poprawnie funkcjonować.”
I m.in. dlatego nie funkcjonuje poprawnie ;p
“Spadź, drodzy państwo, nie znaczy NIC! Spadź przywodzi na myśl znaczenie, ale nie znaczy NIC!” – to chyba dobre podsumowanie tego, co mówił ten oszałamiająco elokwentny postmodernistyczny pan.
Ej, rozwińcie wątek postmodernistycznego pana, bo brzmi ciekawie
Hej, postmodernistyczny pan właśnie przywitał otwartymi ramiony gwiadkę telewizy (jak udowodnił to Bakałarz przytaczając lynk:http://pl.wikipedia.org/wiki/Katarzyna_Maci%C4%85g) i zapewne chciał jakoś zaakcentować uroczysty moment – a okazja się nadarzyła. Zatem pozwolił sobie na wtrącenie niewczesnej uwagi na temat związków pomiędzy brzmieniem (tj. wibracją eteru zwanego dziś powietrzem), a znaczeniem.
A piszę, albowiem na FF narodziła się propozycja na następny stolyk: Strugaccy “Piknik na skraju drogi”.
Dodam tylko, a’propos takich niewczesnych uwag postmodernistów, że ponieważ stolyk odbywa się w Warszawie, mieście snobistycznym i obfitującym w lans, takie wydarzenia, w miarę zdobywania popularności naszego stolyka mogą wydarzać się coraz częściej. Powinniśmy zachować uważność i dobrze obczaić moment, kiedy na spotkania zaczną się wpychać jakieś “autorytety”, w tym moralne, a za nimi ogon gwiazdek – to będzie znak, że pora na utworzenie komisji kwalifikacyjnej i wydawanie legitymacji członkowskich…
Albo na umawianie się przez smsy